Google nie zrobił Charge 7. Zamiast tego wypuścił Fitbit Edge, opaskę z ekranem, która kosztuje wyraźnie więcej niż poprzednik i próbuje to nadrobić funkcjami, jakich linia Charge nigdy nie miała. Przedsprzedaż ruszyła 12 października, a sprzęt trafia do klientów 27 października.
Ekran większy, cena też
Edge ma 1,34-calowy wyświetlacz AMOLED z trybem Always-On, o 46 procent większy niż w Charge 6. Waży 17,7 g bez paska, a obudowa jest w całości z aluminium z recyklingu. Dotykowy ekran uzupełnia fizyczny przycisk, który faktycznie się klika, czego Charge 6 nie miał.
Cena to 179,99 dolara, a wersja specjalna z paskiem Stephena Curry’ego kosztuje 219 dolarów. Dla porównania Charge 6 chodzi dziś realnie w przedziale 99 do 129 dolarów, więc to spory skok. Polskiej ceny nikt na razie nie podał, a Fitbit nigdy nie miał w Polsce oficjalnej dystrybucji, zatem koszt importu trzeba doliczyć osobno.
Co zmienia się dla trenującego
Największa nowość to automatyczne rozpoznawanie 100 sportów. W Charge 6 wykrywania aktywności na samej opasce w ogóle nie było, a tańszy Fitbit Air rozpoznawał około dziesięciu. Do tego dochodzi około 50 ręcznych profili treningowych oraz, po raz pierwszy w tym segmencie, obsługa treningów strukturalnych.
Minimalny czas sesji do automatycznego zarejestrowania to wciąż 15 minut. Krótsza rozgrzewka albo szybka dziesiątka na bieżni sama się nie zapisze.
GPS ma być, według producenta, o 40 procent dokładniejszy niż w Charge 6, dzięki nowemu chipowi i aluminiowej obudowie. To akurat nie kosmetyka. W Charge 5 i Charge 6 GPS działał sensownie głównie wtedy, gdy pasek był poluzowany, co jednocześnie psuło pomiar tętna. W USA Edge korzysta z GPS i Galileo, poza USA dodatkowo z GLONASS, BeiDou i QZSS.
Producent deklaruje 7 dni pracy przy pojemności 65 mAh, czyli tyle samo co w Charge 6. Przy stale włączonym ekranie pierwsze relacje mówią jednak o około dwóch dniach. Pięć minut na ładowarce daje jeden dzień pracy, pełne ładowanie zajmuje 90 minut. Edge jest przy tym pierwszym produktem z logo Fitbit z baterią wymienną przez użytkownika.
Czego wciąż nie ma
Wodoodporność to 5 ATM, czyli 50 metrów, plus IP68. Na liście profili są osobne pozycje „Pool swim” i „Open swim”, natomiast materiały producenta nie mówią nic o liczeniu nawrotów ani tempie na 100 metrów. Dopóki ktoś tego nie sprawdzi w basenie, dla triathlonisty zostaje to znakiem zapytania.
Z Edge zniknęły też płatności zbliżeniowe Google Pay, co recenzent dcrainmaker.com nazywa dziwnym wyborem. Nawigacja działa wyłącznie jako wskazówki z Map Google podawane z telefonu, nie jako samodzielna mapa na nadgarstku.
Dla kogo to urządzenie
Edge nie jest konkurencją dla Garmina czy COROS w segmencie zegarków multisportowych. To propozycja dla kogoś, kto chce dłuższej baterii niż w smartwatchu, prostego ekranu i automatycznego łapania większości aktywności bez grzebania w menu.
Jeśli masz już zegarek z pełnym trybem basenowym i metrykami rowerowymi, Edge zostanie co najwyżej sprzętem na dni wolne albo na noc. Warto też wiedzieć, że część redakcji odradza kupowanie w pierwszych dniach, bo premierowe oprogramowanie ma błędy.