Rachel Klamer i Richard Murray zakończyli kariery w grudniu 2025 roku, oboje z dnia na dzień. Bezpośrednim powodem był stan zdrowia Murraya: migotanie przedsionków, które wymagało zabiegu i odbierało mu formę.
Para nie zniknęła jednak ze sportu. W 2024 roku kupili siedemnastowieczne gospodarstwo Austie w holenderskim regionie Twente. Przerabiają je na ośrodek treningowy dla pływaków, biegaczy i kolarzy.
Migotanie przedsionków u sportowca wytrzymałościowego
To najmniej oczywista część tej historii. Migotanie przedsionków kojarzy się z wiekiem podeszłym, a występuje częściej u sportowców wytrzymałościowych niż w ogólnej populacji. Wiąże się to z przebudową przedsionków po latach dużej objętości treningowej.
Objawy bywają mylące, bo pasują do zwykłego przetrenowania: kołatanie serca, zadyszka nieadekwatna do tempa, spadek mocy bez wyraźnego powodu, tętno, które nie chce zejść po treningu.
Praktyczny wniosek jest prosty. Kilkanaście minut chaotycznego, nieregularnego tętna to materiał na wizytę u kardiologa. Nie na tydzień lżejszego treningu. Podstawy badań kontrolnych opisaliśmy w tekście o sercu triathlonisty.
Co budują w Twente
Zamysł jest prosty. Obiekt, w którym mieszka się i trenuje w jednym miejscu, plus wiedza dwójki ludzi po piętnastu latach w elicie. Murray reprezentował najpierw RPA, potem Holandię. Klamer startowała na trzech igrzyskach.
Ośrodek nie jest skończony, a szczegółów wyposażenia para nie ogłosiła. Kierunek wpisuje się natomiast w to, co robi coraz więcej byłych zawodników w Europie. Zamiast pracy z jednym podopiecznym budują miejsce dla całej grupy.
Dlaczego ośrodek bije trening w pojedynkę
Trzy rzeczy działają w takim miejscu lepiej niż w domu i żadna nie wymaga profesjonalnego kontraktu.
Pierwsza to grupa. Jednostki pływackie w towarzystwie robi się szybciej i technicznie lepiej, bo ktoś patrzy i mówi, co poprawić. Sam czas w wodzie tego nie załatwia.
Druga to powtarzalność warunków. Ta sama trasa, ten sam trenażer i ta sama pora dnia dają porównywalne dane, więc widać, czy plan działa. W domu tę porównywalność psuje wszystko: praca, pogoda, dojazdy.
Trzecia to opieka na miejscu. Fizjoterapeuta obok basenu wyłapuje problem, zanim urośnie, natomiast fizjoterapeuta odległy o dwa tygodnie w kolejce ogląda już kontuzję.
Amator wyciągnie z tego jedno. Obóz treningowy nie jest tylko sposobem na większą objętość. Jego przewaga bierze się stąd, że przez tydzień nic nie przeszkadza, a ktoś kompetentny patrzy ci na ręce.