Firma, która nauczyła nas patrzeć na waty przez cały trening zimowy, właśnie wydała zegarek, który nie pokaże ani jednego wata. Zwift połączył siły ze szwedzką manufakturą zegarmistrzowską Bravur i stworzył mechaniczny zegarek w limitowanej edycji. Cena to około 1195 USD (bez podatku w USA), 1395 EUR w Europie i 1099,95 GBP w Wielkiej Brytanii. Na cały świat trafiło zaledwie 100 numerowanych sztuk.

Zegarek, który celowo nie jest smartwatchem

To nie jest konkurencja dla Garmina, COROS-a czy Suunto. Urządzenie ma zero GPS, zero pomiaru tętna i zero mocy. To klasyczny zegarek mechaniczny z automatycznym mechanizmem Sellita SW200-2, czyli klasyczny napęd nakręcany ruchem nadgarstka, stosowany w porządnych szwajcarskich czasomierzach.

Specyfikacja jest typowo zegarmistrzowska, a nie sportowa:

  • Koperta ze stali nierdzewnej o średnicy 37 mm.
  • Szkło szafirowe.
  • Wodoszczelność do 100 m.
  • Montaż w Szwecji.

Do zestawu producent dorzuca brązową skórzaną torbę rowerową garbowaną roślinnie.

Gdzie tu Zwift

Cały detal kryje się w tarczy. Logo Zwift umieszczono na godzinie 12, a wokół rozrzucono nawiązania do gry, które rozpozna każdy, kto przejechał choć jedną wirtualną trasę na Watopii. Na godzinie 3 znalazł się symbol power-upa, na godzinie 9 błyskawica symbolizująca generowane waty, a na godzinie 6 kciuk w górę, czyli popularny „Ride On”. Numer konkretnego egzemplarza został wybity na dekielku koperty.

To gadżet dla wtajemniczonych. Osoba niezwiązana ze Zwiftem zobaczy po prostu ładny, drogi zegarek. Ktoś, kto spędził setki godzin w trenażerowym pain cave, od razu wyłapie te smaczki.

Czy to ma sens dla triathlonisty

Praktycznie nie ma żadnego. Na trening i tak założysz zegarek sportowy z GPS, a ten model zostanie w szufladzie lub na ręce poza treningami. To produkt kolekcjonerski i lifestylowy, traktowany bardziej jako biżuteria dla fanów kolarstwa niż sprzęt sportowy.

Ta premiera pokazuje jednak ciekawy trend. Zwift, który zbudował swoją pozycję na trenażerach i analizie danych, wchodzi w segment luksusowy. To sygnał, że marki endurance coraz mocniej celują w rynek lifestyle’owy, sprzedając przynależność do społeczności.

Podsumowanie

Zegarek jest ciekawy, ale całkowicie zbędny do treningu. Limitowana seria 100 sztuk rozejdzie się błyskawicznie wśród kolekcjonerów i najwierniejszych fanów platformy. Dla amatorów liczących waty i sekundy podstawowym narzędziem pozostaje sprzęt z GPS i paskiem tętna, a nie klasyczny automat, który mierzy wyłącznie czas.